Dzień z życia baristy eventowego.

nagl

Czy zastanawialiście się kiedyś, jak wygląda dzień baristy jeżdżącego na eventy? Tak się składa, że mamy duże doświadczenie w tym temacie i chętnie podzielimy się wrażeniami z tych jakże pouczających wydarzeń w życiu naszych kochanych baristów. Wyobraź sobie, że jest godzina 8 rano w piękny lipcowy poranek, przewracasz się na drugi bok, delikatnie otwierasz powieki, wiesz, że nic nie jest w stanie zakłócić Twojego spokoju.

W tym czasie barista eventowy – nazwijmy go Franek – jest już od czterech godzin na nogach. Przejechał niezmierzone kilometry polskich dróg, mijając tak znane metropolie jak Stare Niemyje, Dyszobaby czy Koziebrody. Czternaście razy strzelono mu fotkę, dwa razy złapał gumę i trzy razy zawracał do bazy po cukier i jakieś durne patyczki. Nic go jednak nie odstrasza, pędzi dalej, bo przecież zaraz gotowość bojowa, a on nawet ekspresu nie rozgrzał. Szybki telefon do koordynatora eventu “Już jadę, będę za 10 min, no jeleń mi wyskoczył, taka sytuacja”. “Nie ma problemu, Panie Franku, tylko proszę być za 5 min”. Jasna sprawa, pedał w podłodze, pot na skroni, a Kangur szybciej nie może. Co zrobisz, nic nie zrobisz, ale i tak zdążysz. Zawsze zdążają.

wpis1

Dotarł. Szybkie dzień dobry z kierownikiem i budujemy eventową kawiarnię. Pyk, pyk, pyk – cyk, cyk, cyk i gotowe. Zmęczenie? Jakie zmęczenie?! Uśmiech na twarzy i jedziemy. Przez następne osiem godzin uśmiech zdąży przykleić się na stałe, a ręce same wymalują malowidła z Lascaux na kawie. Nie, nie jednej kawie. Będą ich setki, ludzi jeszcze więcej i jeszcze więcej kawy i uśmiechu. I o to chodzi. Ktoś przyjdzie i pochwali, ktoś odwzajemni uśmiech, ktoś opowie o swojej córce, że taka ładna, i że chłopaka to jeszcze nie ma. Ktoś inny z kolei zamówi amerikano i będziesz musiał po raz setny wybijać mu z głowy to świętokradztwo, mając nadzieję, że może chociaż jedną duszę nawrócisz na jasną stronę mocy.

“Ekspreso? Jest Pan pewien? To może ja przygotuję espresso.”

“Maczjato? Nie ma problemu, proszę bardzo oto macchiato dla Pani.”

“Cukier? Nie, nie słodziłem, ja nie wiem ile Pan słodzi.”

“Nie proszę Pana, nie rysuję z szablonu.”

I tak do wieczora. Żyć, nie umierać.

W międzyczasie pięć razy skończy Ci się woda w ekspresie, dwanaście razy będziesz dokładać cukier, bo przecież wszyscy są na diecie, a korkiem od mleka trafiasz do kosza za trzy za każdym razem.

Wybiła godzina ostatnia, teraz już czas na czystą przyjemność – zwijanie interesu. Strecz traktujesz jak własną skórę, kartony i pudełka są jak Twoje części ciała, zintegrowany do ostatniej kropli. Paka samochodu jest niczym pole do Tetrisa, wystarczy tylko poukładać. Tylko. Tylko, że to się już nie mieści, to musisz wsadzić w to drugie, a tamto pierwsze przesunąć na trzecie… i tak coś będzie jechało z przodu. Koniec, udało Ci się domknąć drzwi, już nic nie zmieścisz, no chyba że coś do jedzenia. I tutaj mała anegdota. Doświadczonego baristę eventowego poznajesz po tym, że nie musi on składać zamówienia w Restauracji Pod Złotymi Łukami, oni już wszystko wiedzą…

franek

Do domu zostało jeszcze tylko jakieś trzysta kilometrów, to jak nic. Po jakimś czasie odległości na mapie skracają się nie do poznania. Nie, do Poznania jedziesz w przyszłym tygodniu, chyba, że to już jutro. Na to wychodzi, bo dziś kończy się niedziela. Zrzucasz sprzęt w bazie, jak byś zrzucał ciężary na Igrzyskach. Czemu zrzucasz? Bo na następny event jedziesz innym samochodem, z innym ekspresem, z innymi ludźmi, w innym mieście, po nowe przygody i doświadczenia. Dlaczego? Bo lubisz swoją robotę, lubisz poznawać nowych ludzi, lubisz z nimi rozmawiać, a przede wszystkim uwielbiasz mówić o kawie i zaszczepiać w ludziach miłość do kawy. I o to chodzi i o to chodzi.

wpis1b

2 thoughts on “Dzień z życia baristy eventowego.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.